Zaczynam od poniedziałku – czyli o prokrastynacji słów kilka

Z okazji poniedziałku (w moim przypadku jeszcze wakacyjnego), postanowiłam poruszyć temat, który ściśle wiąże się z tym dniem tygodnia. A mianowicie – chodzi o to wieczne gadanie o rozpoczynaniu WSZYSTKIEGO od poniedziałku: nauki, ćwiczeń, zdrowego odżywiania i wielu, wielu innych. To zupełnie tak, jakby poniedziałek był jakimś magicznym dniem, kiedy Twoje życie zaczyna się od nowa. Czy rzeczywiście tak jest? Oczywiście, że nie. Chcę Wam dziś udowodnić, że każdy dzień jest dobry, aby zmienić swoje nawyki.

Czemu akurat poniedziałek?

Wyobraź sobie, że jest piątek wieczór. Patrzysz na swoje książki i masz dziwną chęć, aby do nich zajrzeć. Po chwili myślisz sobie: „Przecież jest początek weekendu, to zły moment na naukę, zacznę uczyć się systematycznie od poniedziałku”. Masz ochotę poćwiczyć. I znów myślisz: „Dziś to nie ma sensu, poniedziałek to lepszy dzień, aby zaczynać aktywność fizyczną”. Tak robisz ze wszystkim. Okej, to teraz odpowiedz sobie na pytanie – co jest lepszego w tym poniedziałku? Jesteś po weekendzie, często nie masz energii, nie chce Ci się iść do pracy/szkoły. Wiem, że jest traktowany jako początek tygodnia. Wiem, że wyobrażasz sobie, że Twoje życie zaczyna się wtedy od nowa. Ale pomyśl też, czemu taki piątek (czy też jakikolwiek inny dzień) nie miałby być takim jakby poniedziałkiem. Pisząc jakby poniedziałek, mam na myśli dzień, w którym jesteś zmotywowany/a, masz jakieś postanowienie i działasz. Słowo „działasz” jest celowo pogrubione, bo Twoja aktywność jest tu kluczowa.

Odkładanie wszystkiego „na później”

Zacznijmy od tego, że zjawisko to jest mądrze określane prokrastynacją. Masz coś do zrobienia, ale jakoś tak Ci się teraz nie chce, zadanie, które masz do wykonania jest jakieś takie trudne, a być może mało interesujące. Nad Twoją główką od razu pojawia się taki diabełek, który mówi Ci, że spokojnie, luzik, masz jeszcze cały tydzień na naukę do tego kolokwium, że nie musisz się przejmować, bo może sprawdzian uda się przełożyć. Hmm, a może nauczyciel zachoruje? Z własnego doświadczenia wiem, że człowiek łatwo ulega takim pokusom. Wystarczy malutki impulsik i jedna myśl, że coś można przełożyć i już – zadanie zostaje przełożone „na później”.  Prawda jest taka, że życie z tym diabełkiem to nieustanna walka – ze swoimi słabościami, lenistwem i innymi pokusami.

Lepiej zapobiegać niż leczyć

Mam dla Was dobrą wiadomość – prokrastynacji można zapobiec. Nie jest to łatwe zadanie i wymaga pracy, przede wszystkim nad samym sobą. Podstawą jest dobry plan. Zapisz swoje postanowienia na kartce i rozsądnie rozłóż je w czasie. Nie zakładaj, że w dwa tygodnie nauczysz się języka czy po miesiącu schudniesz 20 kg – rozsądek przede wszystkim. Polecam wypróbować tzw. Habit Tracker – czyli tabelę, gdzie przez cały miesiąc zaznaczasz nawyk, nad którym udało Ci się danego dnia pracować. Może to być picie większej ilości wody, kontakt z językiem obcym, treningi czy cokolwiek sobie wymarzysz. Po pewnym czasie ładnie widać, który z nich udało Ci się opanować lepiej.

15 minut wystarczy

To moja ulubiona zasada, gdy czegoś mi się bardzo nie chce robić. Jest banalna, ale naprawdę skuteczna. Wystarczy, że przez 15 minut skupisz się na wykonaniu danego zadania. Tylko 15 minut! Nie zakładaj, że zrobisz więcej, bo przecież tak bardzo nie masz na to ochoty. Ustaw sobie minutnik i całkowicie oddaj się pracy. Po 15-stu minutach masz dwie opcje: jeżeli zadanie Cię wciągnęło (najczęściej tak jest) – kontynuuj, jeżeli nadal nie masz na nie ochoty – daj sobie dziś spokój, odpocznij i pomyśl, że jesteś o te 15 minut do przodu.

A Wy jak radzicie sobie z wiecznym odkładaniem zadań? Macie jakieś własne sposoby?

P.S. Niedawno na blogu Pawła Kota (www.makefreestyle.pl) ukazał się mój wpis na temat tego, jak pogodzić treningi z nauką. Paweł to naprawdę fajny gość, mega profesjonalnie podchodzi do blogowania i co najważniejsze – pisze o swojej największej pasji. Zajrzyjcie koniecznie:  http://makefreestyle.pl/pl/7-porad-jak-pogodzic-treningi-nauka/